“Nie żałuję” – mówię dzisiaj. Mam wspaniałego syna, który jest dla niej sensem i radością życia. Siedem lat temu, gdy zaczynały się wakacje, a ja odkryłam, że jestem w ciąży, myślałam zupełnie inaczej.
Dwadzieścia lat, za pół roku matura (zdawałam w systemie wieczorowym) – co będzie z moją przyszłością? Mieszkałam z rodzicami i czteroletnim bratem. Jeszcze wiosną zanosiłyśmy z mamą pod śmietnik znoszone ubranka po małym Tomaszku, obie przekonane, że do mojego dziecka jeszcze dużo, dużo czasu.
A potem wizyta u lekarza
A potem wizyta u lekarza i trzy dni na podjęcie decyzji. Próbowałam przerzucić ciężar odpowiedzialności na mamę, ale usłyszałam – Sama musisz zdecydować.
Wydawało mi się, że nic gorszego nie mogło mnie spotkać. Nie chciałam niszczyć sobie życia, chciałam studiować, poznawać świat, bawić się. Z pożyczonymi pieniędzmi drugiego lipca stawiłam się u ginekologa.
- Zdecydowała się pani? – zapytał.
Kiwnęłam głową, ale wyrwało mi się:
- Czy to będzie bolało?
- Damy znieczulenie – odpowiedział lekarz.
A ja powtórzyłam tym razem całe zdanie:
- Czy to będzie je bolało?
Po dwóch miesiącach wyszłam za mąż. W poczekalniach u lekarza przyglądałam się kobietom, które były w tej samej sytuacji, co ja. Jedne eksponowały ciążę, w ślicznych sukienkach z miejscem na brzuszek, inne wyglądały tak, jakby ten stan zupełnie ich nie dotyczył.
Pośrodku
Gdzie byłam ja? Myślę, że gdzieś pośrodku. Dokonałam wyboru, świadomie i bez przymusu, a jednak maleńką kroplą spływał żal.
Zapisałam się do szkoły rodzenia. Oddychałam, mąż masował mi plecy, wybieraliśmy szpital. Zdałam maturę, szukaliśmy mieszkania dla nas i dziecka, które wkrótce miało się urodzić. Bałam się, miałam wizje chorób, nieszczęść, śmierci. Miałam też dobre wyniki badań, czułam się nieźle, ładnie wyglądałam.
I nadszedł ten dzień. Czekałam osiem godzin, aż mała ciemna główka wysunie się ze mnie, poczuję ból nacięcia i usłyszę “chłopiec”.
Położyli mi go na brzuchu. Mąż pstrykał zdjęcia, gruba położna z końskim ogonem serdecznie się uśmiechała, a ja czułam ulgę, że to już i – niepokój. Stało się. Urodziłam. Nikt nie umarł, a dziecko jest zdrowe. Dlaczego nie jestem wobec tego szczęśliwa? Dlaczego nie potrafię powiedzieć, jak tysiące matek, że to był najpiękniejszy moment w moim życiu?
Ja, Ty, My
Wróciliśmy do domu. Już nie “ja wróciłam”, ale wróciliśmy. Mąż pytał “jak się macie”, zamiast “jak się masz”. Całe dnie spędzałam, karmiąc. Mały przy piersi wieczorem, mały przy piersi rano, w południe, w nocy. Na spacer z małym, na wycieczkę z małym, do biblioteki z małym. Byliśmy nierozłączni.
Kiedy Kubuś miał dziewięć miesięcy, zachorowałam, zaczęłam brać leki i musiałam przestać karmić piersią. Stał w łóżeczku i kiedy zbliżałam się do niego, wyciągał ręce i szarpał moją bluzkę. Było mi przykro, ale czułam też ulgę. I zazdrość, kiedy bezzębna buzia uśmiechała się do babci, cierpliwie karmiącej łyżeczką.
Przeprowadziliśmy się. Mąż pracował do wieczora, całe dnie spędzałam z synkiem. Pierwsze słowa, pierwsze kroki – nie pamiętam dni, w których nastąpiły. Prowadziłam dziennik, chcąc przynajmniej zapamiętać na papierze. Inne matki pamiętają nawet wtedy, kiedy ich dzieci są już dorosłe.
Soboty mieliśmy wolne
A potem praca, moja pierwsza praca. Trzy i pół-letni Kubuś do przedszkola, bardzo płakał rano, przy rozbieraniu w szatni, a ja ze świeżym umysłem wystukiwałam literki na komputerze. Po kilku miesiącach przyzwyczaił się do przedszkola, ja zaczęłam odnosić pierwsze zawodowe sukcesy.
Mieliśmy całą trójką coraz mniej czasu dla siebie, skończyły się rozmowy nie na temat, od męża coraz dalej, nie wiedziałam o czym myśli moje dziecko. Wzięłam na siebie więcej zadań, spełniałam się zawodowo, dom nie był już taki ważny. Wystąpiłam o rozwód.
Zostałam z Kubusiem sama. Nagle okazało się, że muszę poradzić sobie z wieloma sprawami, którymi wcześniej dzieliłam się z mężem. Przedszkole, praca, dom. Rozmawiałam z synkiem, myjąc go, a potem pospiesznie całowałam na dobranoc.
Soboty mieliśmy wolne. Odrabiałam zaległości w gotowaniu, sprzątaniu, prasowaniu. Czułam się odpowiedzialna za siebie i za dziecko. Wiedziałam, że jesteśmy zdani tylko na siebie, co oznaczało – zdani na mnie. Dostałam niespożytych sił, starając się, aby syn nie odczuł, że coś się w domu zmieniło. Jednak uczuciowo byliśmy od siebie oddaleni. Kochałam Kubę, a on kochał mnie, ale nie byliśmy dla siebie przyjaciółmi.
Mały zachorował, poszłam na zwolnienie, w domu przygotowując materiały do pracy. A gdy wróciłam – okazało się, że nie ma jej już dla mnie. Żal, złość, rozgoryczenie. I nagle – dużo, dużo czasu dla siebie.
Czas odzyskany
Odnajdowałam powoli drogę do swojego dziecka. Naznaczoną cierpliwością. Bezinteresownym uczuciem. Akceptacją wad, swoich w głównej mierze. Pierwsze normalne, niespieszne rozmowy o… pokemonach. Nauczyłam się je rozróżniać. Nieśmiałe pląsanie do muzyki, a potem szalone tańce: w rolach głównych Kubuś i mama.
Okazało się, że mój syn lubi tę samą muzykę co ja! Kuba trenerem piłki nożnej, mama – niezdolny uczeń. Kino, gdzie nie było dubbingu i półtorej godziny tłumaczenia tekstu do małego uszka.
Noce, gdy zrywałam się ze strachem i przenosiłam nielekkie już, miękkie ciałko do swojego łóżka. Przytulałam się do pachnącej główki i spokój przychodził.
“Nie czytałaś mi, jak chodziłaś do pracy” – łzy pod powiekami i trzy godziny zadośćuczynienia z jedną przerwą na szklankę wody. Gdy już miałam dosyć, a oczy Kuby kleiły się do spania, zaczęłam czytać po rosyjsku…
Późno odkryłam macierzyństwo
Mam wspaniałego chłopca. Późno odkryłam macierzyństwo. Ale niczego w życiu nie żałuję. Może dziś jestem trochę nadopiekuńcza. “Nie rób tak”, powiedziała mi mama, “to wyrzuty sumienia”. “Nie mów do mnie maleńki” – zżyma się Kuba, chociaż oboje wiemy, że to tylko żarty.
Wie, że może na mnie liczyć i że jestem jego przyjacielem. Nie szczędzę mu słów miłości, a on odpłaca mi gestami.
“Mamo, kocham cię. Bardziej od Pana Boga”. Kartkę z tym wyznaniem dostałam zeszłego lata. Cały czas noszę ją w torebce. Pilnuję bardziej od karty kredytowej.
Powiązane artykuły:





