Kiedyś zastanawiałam się, dlaczego najbardziej dziwaczne sukienki tak świetnie wyglądają w kolorowych magazynach. Olśnienie przyszło nagle: to nie sukienki są śliczne. To modelki, zgrabne i zadbane, świetnie wyglądają niezależnie od tego, co na siebie założą. 

Lata temu ja i moja przyjaciółka, obie młodsze o jakieś 6 kg, zgodnie twierdziłyśmy, że kobieta zaczyna kiepsko wyglądać, gdy obwód brzucha przewyższy obwód jej biustu. I pewnego dnia bez zdziwienia stwierdziłam, że niebezpiecznie zbliżam się do tego stanu. Nie, to już nawet nie była potrzeba zrzucenia pięciu kilogramów; to była powinność wobec samej siebie. 

Jak schudnąć po czterdziestce?

Zdjęcia Halle Berry i Sharon Stone przeczą głupiemu i ograniczającemu przekonaniu, że „po czterdziestce kobiety tyją, bo hormony, bo metabolizm, bo biologia, i nic nie można na to poradzić”.
Ale skoro nie mam chorej tarczycy, jaki jest powód, by ulegać szkodliwym mądrościom ludowym? Czy zdjęcia Małgorzaty Foremniak nie przeczą opinii o biologicznie uwarunkowanej nadwadze po czterdziestym piątym roku życia? Biologia biologią, ale czy nie jest wygodnym usprawiedliwieniem kompulsywnego jedzenia przy minimalnej aktywności fizycznej?

I zaczęłam obserwować. Siebie i swoje żarłoczne zachowania. Klientów piekarni obładowanych francuskimi rogalikami, słodkimi bułeczkami czy chlebem pachnącym chrupiącą skórką. Kobiety zajadające wielkie kule lodów i narzekające na problemy ze stawami. Nie chciałam za kilka lat wyglądać, jak one i zazdrośnie patrzeć na szczupłą Agatę Młynarską.

Każda sama wybiera własny styl, a mnie sylwetka balonika na dwóch nóżkach nigdy nie kręciła. I z takimi obserwacjami zbliżyłam się rozmiaru 42.

Śmieszą mnie cud-diety „zgubisz 7 kg w tydzień”, „spalisz dziennie 1300 kcal” czy „tylko jedna tabletka rano i możesz jeść, ile chcesz”, ponieważ nie jestem samobójczynią i do celów wolę dochodzić małymi krokami. A w poprzednich latach, gdy gubiłam nadliczbowe kilogramy, po kilku tygodniach wracałam do poprzedniej (nad)wagi. Efekt jo-jo mnie już nie Jak schudnąćinteresował, chciałam poszukać innej drogi.

Dałam sobie 6 tygodni i zaczęłam od motywatorów.

Motywator 1.

To było zdjęcie figury, którą chciałabym mieć. Coś w stylu „taka kiedyś byłam”, bo byłam. Na plaży, ze szczupłą talią i wyćwiczonymi pośladkami, jakieś 20 lat temu. Jasne, nie będę się już szczycić talią 65 cm, ale mogę znów mieć ładne proporcje.

Położyłam zdjęcie w sypialni na podłodze i miałam je przed oczami po wstaniu z łóżka i przed położeniem się spać. Zerkałam na nie przed śniadaniem i podczas wieczornych spacerów z łóżka do lodówki po jogurt, do szafki do ciastka, do szuflady biurka po batonika. 

Motywator 2.

Znalazłam na dnie szafy stary pasek. Żywa historia mojej kuchni, żeby nie użyć słowa: obżarstwa. Ślady na pasku były bezlitosne. Ile czasu minęło od ostatniej dziurki do pierwszej? Co takiego działo się w moim życiu w tym czasie? Jak to się stało, że straciłam kontrolę nad ciałem?
Ze smutkiem uświadomiłam sobie, że od dawna wierzę w workowate bluzki, i że wąskie spódniczki to przeżytek; i tak wszyscy chodzą w spodniach. Pasek nie pasował nawet do spodni; śmiesznie wyglądał na wystającym brzuchu, więc zapięty na ostatnią dziurkę wylądował na półce z książkami. Miałam go na oku podobnie, jak zdjęcie nr 1, i od czasu do czasu przymierzałam.

Motywator 3.

Kupiłam sukienkę. Złotą, koktajlową, śliczną. Francuskie cięcia, podkreśony biust i szczupła talia. Ideał mojego dzieciństwa, gdy kobiety zakładały zwiewne kretonowe sukienki i w niedzielne popołudnia spacerowały nad Wisłą.
Dosunięcie suwaka w złotej sukience stanowiło problem, więc kupiłam ją tym bardziej. To był mój wzorzec i cel.
Dałam sobie 6 tygodni, by założyć ją bez wciągania brzucha i swobodnie się w niej poruszać. Do sukienki dobrałam kapelusz z szerokim rondem i złoto-czarną wstążką oraz torebkę w stylu Jacqueline Kennedy. W końcu był koniec maja, a przede mną całe lato!

Motywator 4

Przez pierwszy tydzień – dwa obserwowałam siebie i swoje nawyki. Zapisywałam każde zjedzone jabłko, kawałek wędliny i ciasteczko. Każdą łyżeczkę cukru wsypaną do kawy. 

Analiza była wstępem do planu działania. Niezbędnym wstępem, bo dowiedziałam się, że piję zbyt mało wody, co jem i kiedy sięgam po przekąski. Dowiedziałam się, że jedzenie kompulsywnie pochłaniam wieczorami, ale nie wiedziałam dlaczego. I dowiedziałam się, że wszystkie te ciasteczka maślane ( ptasie mleczko, chipsy, krówki, herbatniki, wafelki* – niepotrzebne skreślić ) pochłaniam bez świadomości jedzenia.

Wtedy zaczęłam obserwować i notować emocje, jakie towarzyszą mi w chwili otwierania lodówki czy szukania w szafce kolejnego batonika.
Kiedy już nauczyłam się rozpoznawać te emocje i je nazwałam, nadszedł czas sporządzenia planu działania.

Założenia planu działania

Po pierwsze – nie odchudzam się

Słowa „odchudzam się” od zawsze kojarzyło mi się z ciężką pracą nad sobą, wbrew swoim potrzebom. Wymagało siły woli i samozaparcia. Przeważnie kończyło się porażką.

Zaplanowałam osiągnięcie celu. A celem było wyrzucenie workowatych bluz i paradowanie w moich ślicznych ołówkowych spódniczkach, dżinsach-biodrówkach czy jedwabnych letnich bluzkach, które od miesięcy smutne wisiały w szafie. I cel główny – złota sukienka! 

Po drugie – żadnej diety!

Znam siebie. Wiem, że trzymanie się listy składników, drobiazgowe odmierzanie, ważenie, kupowanie i pilnowanie, by niczego nie zabrakło, byłoby ponad moje siły.

Zamiast trzymania się diety zaczęłam jeść to, co trzeba. Właśnie o tym rozmawiałam z Michałem, dietetykiem, którego zaprosiłam na rozmowę o zdrowym żywieniu. Badanie składu ciała potwierdziło nadmiar tkanki tłuszczowej i niedobór wody. Potrzebowałam zacząć zdrowo się odżywiać.

Po trzecie – pokonam wroga po rozpoznania terenu 

Przez pierwsze dwa tygodnie szczegółowo zapisywałam na kartce wszystko, co zjadłam i piłam. Na małej kartce, która leżała na biurku, w kuchni, w mojej kieszeni. Celowo zrezygnowałam z notatników i aplikacji elektronicznych, ponieważ wymagałyby zbyt wiele czasu. Aplikacja wymagała otwarcia, użycia klawiatury, i nie dawała szybkiego wglądu we wszystko, co do tej pory pochłonęłam.
Kartkę i mały plastikowy długopis miałam pod ręką a zapis trwał chwilę, parę sekund. Nie miałam żadnej wymówki.

Szybki rzut oka na kartkę i konieczność odręcznego dopisania nowego ciasteczka sprawiały, że musiałam świadomie podjąć decyzję – Tak, mogę zjeść to ciastko.., drugie ciastko.., trzecie? nie! nie moge zjeść drugiego. Nie zjem nawet pierwszego!

Po czwarte – niczego sobie nie będę odmawiać

Jeśli coś jest zakazane, pożądamy tego tym bardziej. Dlatego dałam sobie prawo do luksusu jedzenia wszystkiego, co lubię i co jest tuczące. Owszem, wolno mi! W środę między 18.20 a 18.35.

Gdy nachodziła ochota na coś niezdrowego i nadmiernie tuczącego, powtarzałam – W porządku. W środę o 18.27.
Nietrudno się domyślić, że we środę o 18.27 albo już o zachciance nie pamiętałam, albo nie miałam jej pod ręką, i tak mijał kwadrans. A ja miałam świadomość, że mogę jeść wszystko, niczego sobie nie zabraniam, więc nie muszę ze sobą walczyć. Bezcenne. 

Po piąte – cukrzyka nie prowadzi się do sklepu z czekoladą

Czerwiec i połowa lipca minęły bez zapachu truskawek. Woreczki pełne ulubionego bobu śmiały się ze mnie ze straganów, nie zjadłam ani deka pieczonej karkówki ani nawet kostki czekolady.

Kupowałam jogurty, sery, białe mięso, jajka, cytryny i całe kilogramy świeżych i mrożonych warzyw. Imbir, czosnek, mały słoiczek miodu. Oliwa, ocet jabłkowy, ocet śliwkowy, mnóstwo ziół, chili, curry. I kasza gryczana. Mogę zaryzykować twierdzenie, że to kasza gryczana, gotowana z kminkiem i łyżką czosnkowej oliwy, uratowała moją złotą sukienkę.

Po szóste – wyłączam autopilota

Wiedziałam już, kiedy zaczyna się to zgubne ssanie w żoładku ( wieczorem! ) i wymiatanie z lodówki wszystkiego, łącznie z kostką masła. Gdy pojawiały się pierwsze sygnały, odręcznie pisałam na kartce odpowiedź na pytania – Czy naprawdę jesteś głodna? Co ( zamiast jedzenia ) możesz zrobić, aby wypełnić emocjonalne rozedrganie i wewnętrzny niepokój?

Włączenie świadomości dawało kontrolę nad działaniem. Żadnych kompulsywnych odruchów, tylko przemyślane decyzje.
Pokrojenie 5 marchewek w wąskie paski, przygotowanie wody z imbirem, wypicie wody z cytryną, odliczenie 5 migdałów, kolejnych 5 marchewek. I powtarzane przy tym zdanie

Żaden facet / szef / problem nie zasługuje na to, aby przez niego przytyć.

Po siódme – właściwy słownik dialogu wewnętrznego

Bardzo wierzę w dialog wewnętrzny, w te wszystkie słowa, które błąkają się po głowie i dodają skrzydeł lub je podcinają, zgodnie z poetycką maksymą: Tam, gdzie twoje myśli, tam twoja energia.

Dlatego w mojej głowie królowały zdania:

  • Mój cel jest seksowny i ekscytujący.
  • Zdrowo się odżywiam.
  • Oczyszczam organizm.
  • Jem wszystko, na co mam ochotę.
  • Mam ochotę tylko na zdrowe i kolorowe jedzenie.
  • Pączki i krówki jadam w środy między 18.20 a 18.35.

Złota sukienka wisiała na drzwiach szafy, każdego ranka widziałam siebie w zgrabnych spodenkach na plaży i – powoli, powoli – każde z pięciu nie zjedzonych maślanych ciasteczek zamieniałam na jedną dziurkę w starym pasku od spodni. Pewnego dnia zapięłam go na drugą dziurkę.

Po 2-3 tygodniach samokontroli i świadomego jedzenia przestałam odczuwać zgubne ssanie w żołądku. Trzymałam się planu, jadłam regularnie to, co lubiłam i ani razu nie stanęłam na wadze.
Cel stawał się osiągalny, a wiadomo, że jeden mały sukces rodzi apetyt na więcej.

I tak złota sukienka, bez wciągniętego brzucha i wciskania się w wyszczuplającą bieliznę, była już na wyciągnięcie ręki.

za tydzień czytaj: Co poradził Pan Michał, dietetyk. Co jadłam, jak jadłam i kiedy jadłam, by nie dopadł mnie efekt jo-jo. Moje wyniki badania składu ciała z czerwca i września.

Kategorie: Działaj!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

4 + 1 =